poniedziałek, 22 lutego 2016

Chapter 1 Anna Karenina

Dziewczyna o zielonych oczach siedziała na kocu w czerwoną kratę, rozłożonym w swoim ogrodzie. Zapełniała białą kartkę starannym pismem, opisując dom, wymyślonego bohatera. Co chwila poprawiała kosmyki brązowych włosów, które rozwiewał wiatr. Wpadały jej do oczu, przez co nie widziała tekstu. Słońce przyjemnie ogrzewało jej bladą twarz. Czuła się odprężona i zrelaksowana.
Usłyszała ruch za swoimi plecami, poderwała głowę i odwróciła się. W jej stronę szedł Louis, trzymając ręce w kieszeniach spodni. Posłał jej wesoły uśmiech,
— Co dzisiaj robi moja pisarka? — zapytał, całując dziewczynę w policzek.
— Nudzę się — wzruszyła ramionami i spojrzała na niego. — Lou, ja w soboty nie pracuje — dodała, patrząc w jego niebieskie oczy.
— No tak — przytaknął, siadając obok niej.
Uśmiechnęła się do niego ciepło i odłożyła kartkę oraz długopis. Przykryła to zeszytem, by nie musieć latać za rozwianym, przez wiatr, opowiadaniem. 
— A co cię naszło, że mnie odwiedziłeś? — zapytała Karina, odgarniając grzywkę, wchodzącą do jej pięknych zielonych oczu, które Louis uwielbiał podziwiać.
— Stęskniłem się. — Louis wyciągnął ręce w geście przytulenia się. Karina przysunęła się do niego, jednocześnie oplatując go swoimi ramionami.
Uwielbiała z nim przebywać. Louis był jej przyjacielem od dwóch lat i rzadko kiedy miewali kryzys, spowodowany kłótnią. Chłopak rozumiał jej problemy, jeśli jakieś miała, pocieszał, wspierał i nawzajem. Mogli sobie ufać bezgranicznie. Lou często przychodził do przyjaciółki i szukał rad, które pomogą w zdobyciu dziewczyny lub jej uszczęśliwieniu. Karinie wtedy robiło się przykro. Sama nie wiedziała czemu, no bo przecież chłopak to jej przyjaciel. Czuła w nim wsparcie i nie powinna liczyć na nic więcej. Właśnie, nie powinna. Louis często kupował jej kwiatki czy jakieś drobiazgi, ale to nie było to samo czego ona chyba oczekiwała. Gdy zdarzało się, że u niej spał, i tylko jak zasnął, Karina wtulała się w niego, wdychając jego zapach. Chłopak uważał, że to skarb mieć taką przyjaciółkę. Przytulanie, słodkie słowa typu ,,słonko czy misiu" to u nich były słowa na użytku dziennym. Przytulają się, całują w policzki i kochają się jak rodzeństwo. Chociaż może uważa tak tylko jedna ze stron. Co z tą drugą? Karina próbowała się nad tym nie zastanawiać. W ten sposób miała mętlik w głowie, to nie pomagało. 
— To co dzisiaj panna Karenina chce robić? — zapytał, opierając głowę na jej barku.
— Nie mów tak do mnie! — obruszyła się kolejny raz.
Lou doskonale wiedział, jak ją to drażni. Nazywała się Karina Anna Travolt, a on ubzdurał sobie, że nazwisko Karenina jest wręcz bardzo podobne do jej imienia. Chociaż prosiła, błagała, to nie udało jej się, oduczyć go tego przezwiska. Sama nie miała jakiegoś pomysłu, jak nazywać Louisa, by go czasem wkurzyć. Jeden zero dla niego. Niestety.
— Okay, to idziemy do kina — pociągnął dziewczynę za rękę, sam wstając.
— Na co? — zapytała, marszcząc brwi.
Nie była zdziwiona nagłym pomysłem Louisa, jemu wszystko wpadało do głowy w zaledwie pięć sekund.
— No jak to, na co? Na Annę Kareninę — odpowiedział dumny i po chwili oboje wybuchnęli śmiechem, ale dziewczyna wiedziała, że Lou nie żartuje.

Dwie godziny przesiedzieli w kinie, uznając, że film im się podobał. Jedli popcorn, czasem karmiąc siebie nawzajem. W oczach innych uchodzili za parę, ale nie nic z tych rzeczy. Chłopak postanowił zabrać swoją przyjaciółkę na obiad i udali się do pobliskiej restauracji. Kiedy trzeba było, paparazzi znikali. Przeważnie nalot był wtedy, gdy PR potrzebował zdjęć o istnieniu Louisa i sam dawał im znać, gdzie Tomlinson się znajduje. Ale bywały dni, gdy miał wolne i dostawał święty spokój. Tak było i dzisiaj. Nikt za nimi nie chodził. Może zrobił trzy, cztery zdjęcia z fanami i to tyle.
Karina i Louis nigdy nie narzekali na braki tematów, zawsze o czymś dyskutowali. Tym razem padło na bohaterów grających w obejrzanym wcześniej filmie.
— Ale tak swoją drogą — zamyśliła się — którym wołał byś być: Aleksym Aleksandrowiczem Kareninem czy Aleksym Wrońskim? — zapytała i włożyła frytkę do ust.
— Tym drugim, nie widziałaś jaki tamten był sztywny. Czy ja wyglądam na nudziarza? No błagam... — skomentował z dezaprobatą kręcąc głową. — A ty, którego byś wybrała?
— Hmm, nie wiem. No, bo zobacz. Ten pierwszy był sztywnym mężem, ale uczciwym, a ten drugi był romantyczny kochankiem, ale łajdakiem. Chyba pierwszego, ale szczerze to żaden z nich nie był w moim typie — odpowiedziała, zasłaniając włosami swoje, pewnie zarumienione, poliki.
— To jaki jest twój typ? — dopytywał Louis, ponieważ chciał wiedzieć czy sam się do tego typu zalicza.
— Nie dziś — przerwała i zaczęła się zbierać.
Louis odwiózł dziewczynę do domu i sam wrócił do kompleksu, w którym mieszkał ze swoim przyjaciółmi. W swojej sypialni czekała na niego roznamiętniona Elena. Chłopak nie miał zbytnio ochoty na to, czego pragnęła jego dziewczyna, gdyż zastanawiał się nad dzisiejszą rozmową z Kariną. Zasypiając wiedział, że jest jego przyjaciółką, na której strasznie mu zależy.
Karina kładła się do łóżka mając w głowie także dzisiejszą konwersację. No bo jaki jest jej typ? No właśnie, nie wiedziała.

***
Jeju, cholernie podoba mi się to, że mogę wrócić do tej historii raz jeszcze. To cudowne uczucie. Będziecie komentować?

Prolog

~2 lata wcześniej~
Dziewczyna siedząca na ławce w parku i wpatrująca się białą kartkę na której nie wiem co napisać. Zastanawia się nad opisem bohaterki swojego opowiadanie, ale myśli przerywa jej młody, przystojny chłopak, który siada obok niej.
— Jeśli mogę zapytać, to co taka piękna dziewczyna robi? — uśmiecha się, ukazując szereg, białych zębów.
— Pisze opowiadanie — odpowiada, lekko zarumieniona.
— Ach tak. Jestem Louis — podał jej rękę.
— Karina — odwzajemniła gest.
I tak się zaczęło...

Powitanie

Hej, słoneczka. Bardzo dawno mnie tu nie było. Ta historia powstała w grudniu 2012 roku. Byłam z niej dumna, chociaż zawierała wiele błędów. Uczyłam się pisać.
A wiecie co teraz zrobię? Będę dodawać rozdziały jeszcze raz, ale bardziej rozbudowane i poprawne. Być może realia będą odbiegać od tego, co teraz dzieje się u One Direction, ale nie mam na to wpływu.
No to jak? Gotowi na ponowną przygodę z Kariną i Louisem?

czwartek, 18 lipca 2013

Zatłoczone ulice Londynu w święta. Wiele osób śpieszących się na ostatnie zakupy, dzieci ciągające rodziców po ukochane prezenty, choinki czekające tylko na zakup i udekorowanie ich we własnym domu.
Gdy Wigilia jest, (Bóg się rodzi,)
Gdy choinka jest, (gwiazdka wschodzi)
Żadnych smutków,tylko wszędzie śnieg,
Żadnych smutków, tylko wszędzie śnieg
Karina poprawia czapkę oraz beżową torbę na ramieniu i biegnie dalej. Trąca przechodniów, ale oni nawet nie zwracają na to uwagi. Są zbyt zamyśleni, zajęci. Chłodny wiatr owiewa jej twarzyczkę, powodując czerwone rumieńce na policzkach. W kieszeni schowane ma zmarznięte dłonie, które dzisiaj zapomniały rękawiczek. Łapie oddech, wpadając do jednej z małych kawiarenek. Tam jest ciepło i przytulnie. Po nie dużym pomieszczeniu roznosi się zapach wanilii i kawy. Wolnym krokiem podchodzi do wolnego stoliczka, rozbierając się z czarnej długiej kurtki. Odwiesza ją na oparcie krzesła i podchodzi do kasy, aby zamówić ciepłą czekoladę, która ją rozgrzeje. Gdy zamówienie zostało przyjęte i zrealizowane, zasiada na miejscu i pijąc gorący, słodki napój, patrzy w okno. Teraz, gdy ona siedzi w środku, a na zewnątrz ludzie tłoczą się na chodniku, wszystko dzieję się dla niej inaczej. Jakby oglądała film w domu. Nie czuje chłodu smagającego jej policzku i śniegu pod nogami, który uniemożliwiał szybkie ruchy. 
Dzwoneczek przy drzwiach wejściowych, oznajmuje, że ktoś wszedł. Dziewczyna lekko odkręca głowę napotykając spojrzenie szmaragdowych oczu. Przystojny, młody chłopak na chwilę tylko odwraca wzrok i podchodzi do lady. Nie jest sam. Zaraz obok niego, pojawia się wesoły blondyn, który chyba w każdej chwili potrafi poprawić humor. Jego szczery uśmiech, powoduje, że na twarzy Kariny również taki się pojawia. Skądś kojarzyła tą dwójkę młodzieńców, ale nie mogła sobie przypomnieć. Wzięła kolejny łyk napoju, stukając palcami o drewniany blat.

piątek, 18 stycznia 2013

Epilog

 MUZYKA
Miłość cier­pli­wa jest, 
łas­ka­wa jest.
 Miłość nie zaz­drości, 
 nie szu­ka pok­lasku,
 nie uno­si się pychą; 
nie jest bez­wstyd­na, 
nie szu­ka swe­go,
 nie uno­si się gniewem,
 nie pa­mięta złego;
 nie cie­szy się z nies­pra­wied­li­wości,
 lecz współwe­seli się z prawdą. 

Czym jest miłość?
Miłość tak naprawdę nie ma definicji. Różnie możemy o niej mówić.
Spójrzmy na historię Kariny i Louis'a.
Czy wiedzieli, że zostaną przyjaciółmi?
Czy wiedzieli, że przyjaźń przemieni się w głębsze uczucie?
Czy wiedzieli, że dadzą radę stawić czoło miłości?
Nie, nie wiedzieli.
Pokochali się, a uczuciem jakim się darzyli stworzyli szczęśliwą rodzinę.
Ich historia dobiegła końca.
No może nie tak dosłownie...
Praktycznie każda bajka, film czy opowiadanie
kończy się słowami "Żyli długo i szczęśliwie"
Ja nie mam zamiaru zmieniać tej tradycji.
A więc...Karina i Louis do końca  żyli długo i szczęśliwie.

The End

~~~~~*~~~~
Parę słów teraz.
Kochałam to opowiadanie. Naprawdę.
Starałam się, przelewać w nim moje uczucia.
Skończyło się. Trudno są inne.
Proszę osoby, które czytały to opowiadanie
niech zostawią jakiś ślad.
Dziękuję Wam bardzo, bo bez Was nie stworzyłam bym tej historii.
Dziękuje
__________________________________________
Informacje:
-O Kopciuszku- rozdziały dodawane będą w soboty
O Julii siatkarce- w piątki
O Layli- są co tydzień sobota lub niedziela, a czasami piątek
O Elenie- wtorki

czwartek, 17 stycznia 2013

Chapter 33 Kawa Chapter 34 Piosenka

Kwiecień
~miesiąc później~
W nocy Karinę obudził płacz Belli.
-Już mamusia idzie- mruknęła pod nosem zaspana.
 Wstała i podeszła do łóżeczka córeczki. Bliźniaki lubiły płakać w nocy. Jak jedno już zostało uspokojone to drugie zaczynało orkiestrę i tak na zmianę. Louis pomagał żonie we wszystkim, ale akurat tego dnia wrócił późno z koncertu i dyżur miała Kari. Gdy uśpiła już Bellę, chciała wrócić do łóżka, ale uderzyła nogą w jego kant. Zawyła z bólu, ale hałasem obudziła tylko Louis'a, który od razu znalazł się przy niej.
-Co się stało?- zapytał niosą dziewczynę na łóżko.
-Walnęła się- jęknęła rozmasowując obolałe miejsce.
-Ech, ty- westchnął i lekko pocałował żonę.
Przykryli się kołdrą i zasnęli, śpiąc już do rana. Gdy Karina otworzyła oczy, ujrzała puste miejsce obok siebie. W łóżeczkach dzieci nie było. Za nim wygramoliła się z kołdry spojrzała na swoją prawą nogę, na której odznaczał się nie mały siniak. Przeklęła cicho i ze świeżymi ubraniami udała się do łazienki. Gotowa potruchtała na dół. W salonie grał telewizor, a odgłosy dochodzące z kuchni mówiły same za siebie. Karina od razu się tam udała. Louis stał przy kuchence robią dla nich obojga śniadanie, kiedy Edward i Bella spokojnie leżeli w nosidełka, znajdujących się na wyspie kuchennej.
-Cześć maluszki- brunetka przywitała się ze swoimi dziećmi, a zaraz z mężem.
-Ooo mój mąż robi śniadanie- zaśmiała się przytulając go od tyłu.
-Słonko, usiądź na krzesełku, bo mnie ograniczasz- odpowiedział jej udawanym oczywiście, poważnym tonem.
-Dobra, przepraszam- zaśmiała się wesoło i wykonała zadanie.
Po zjedzeniu śniadania i nakarmieniu małych osobników, postanowili odwiedzić chłopaków i Kate. Spakowali potrzebne rzeczy, no bo wiadomo jak to z dziećmi i poszli do samochodu. Nie długo później byli na miejscu.
-O mojeeee malutkie!- od samego progu przywitał ich radosny krzyk Harre'go ,który uwielbiał swoich "bratanków". Opiekował się nimi i nie chciał oddawać. Jak by mógł to by je karmił- często żartowała Karina od razu drocząc się z Loczkiem. Uśmiechnięty chłopak z nosidełkami podrałował do salonu na kanapę.
-Cześć!- przywitali się z pozostałymi i dołączyli do rozradowanego Styles'a.
Karina za to bardzo polubiła zabawę ze swoją chrześnicą Anią, która nie dawno właśnie przyjęła chrzest. Natomiast ta uroczystość małych Tomlinsonów została zaplanowana dopiero na lipiec, więc mieli jeszcze czas.
-Kari, a jak twoja książka?- zapytała Kate, kiedy razem stały w kuchni popijając poranną kawę.
-Bardzo dobrze- pokiwała ze zdziwieniem Karina- W ostatnich dwóch tygodniach, nasz domowy telefon się urywał. Nie uwierzysz co w końcu zrobił Louis, bo natarczywy dźwięk budził dzieciaki, po prostu się w kurzył i odłączył go- dziewczyna opowiedziała jej sytuacje z przed paru dni, mając z niej taki sam ubaw jak wcześniej.
-No nieźle- przyznała rozbawiona modelka.
-Kate, a ty już nie pracujesz?- zaciekawiła się brunetka.
-Na razie mam przerwę, ale chyba już nie wrócę. Razem z Niall'em postanowiliśmy skupić się na wychowaniu Ani- odpowiedziała wyciągając do przodu prawą rękę.
Na początku Karina nie zorientowała się o co chodzi, ale po chwili spostrzegła śliczny pierścionek z białego złota, trochę podobny do jej zaręczynowego.
-To...to...je...jest- zaczęła się jąkać, więc Kate jej pomogła.
-W sobotę mi się oświadczył.
-Jezu, to gratuluję!- wykrzyknęła zaskoczona dziewczyna i zaraz stała w przyjacielskim uścisku.
-Chodźmy do tych wariatów- zaśmiała się blondynka i pociągnęła przyjaciółkę za rękę.
-A wy co tam tak długo robiłyście?- zapytał Niall trzymając na rękach małego Ed'a.
-No jak co- wtrącił Liam- nie wiesz o czymś takim, jak damskie rozmowy przy kawie- przewrócił oczami.
-Dokładnie- poparła go Kari siadając na kolanach swojego Louis'a.
Tak spędzili cały dzień. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Dla nich liczyło się, że mogę spędzać czas w swoimi przyjacielskim gronie. Każdy z nich traktował siebie jak rodzinę, a w sumie można było ich tak nazwać.
Prawdziwa przyjaźń? Tak, to jest prawdziwa przyjaźń.
Naj­lep­szym przy­jacielem jest ten, kto nie py­tając o powód smut­ku, pot­ra­fi spra­wić, że znów wra­ca radość. 
Chapter 34 Piosenka
MUZYKA-WŁĄCZ! 
~8 lat później~
Rodzina Tomlinson'ów przygotowywała się do tego rocznej gwiazdki, a dokładnie Wigilii, która miała odbyć się dzisiaj. Karina krzątała się po kuchni, robiąc w niej ostatnie rzeczy dotyczące wieczerzy. Ten dzień mieli spędzi tylko oni- Louis i Karina- oraz ich dzieci, a dopiero następne dni świąt miały zostać dla przyjaciół i najbliższej rodziny. Louis natomiast siedział na krześle przy oknie, z najmłodszym, trzyletnim synem -Jacob'em i śpiewał mu świąteczną piosenkę, którą dla niego wymyślił. Brzmiała mniej więcej tak...

Popatrz synu ile gwiazd
Jaki wokół piękny świat ...

Ślicznie wystrojona choinka pięknie eksponowała się na środku salonu. Dzieci miały dużo radochy ubierając ją, ale postarały się.
-Bella, Edward schodźcie na dół!- Karina zawołała dzieci stojąc na pół piętrze w ich nowym, większym domu.
-Już idziemy!- odkrzyknęli i powoli, niosąc coś zeszły na parter. Kari zdążyła już udać się do salonu.
-Mamo, tato- bliźniaki zwróciły się do  rodziców, którzy zaraz na nich patrzyli. Mały Jake powędrował w ręce Belli- Mamy dla was prezent z okazji urodzin- dokończył Edward, wręczając parze duże, kartonowe serce z ich imionami na środku, a pod spodem imiona ich dzieci. W oczach Kariny momentalnie pojawiły się łzy.
-Chodźcie tu- Lou zagarnął dzieci w swoje ramiona i po chwili stali w rodzinnym uścisku.
-Dziękujemy- szepnęła brunetka ocierając łzę spływającą po jej policzku.
-Nie ma za co- uśmiechnęły się i pobiegły do nakrytego stołu.
-Kocham Cię- Lou zbliżył się do żony i wpił się w jej malinowe usta. Dziewczyna pogłębiła i odwzajemniła pocałunek, ale po usłyszeniu komentarza  typu: Fuu!, musieli przestać.
Szczęśliwa rodzina? Tak, to jest szczęśliwa rodzina.

~~~~~~*~~~~~~
Hej, to właśnie był ostatni rozdział. Epilog pojawi się jutro i zakończę to opowiadania.
Pod ostatnim postem pojawłiły się komentarze o treści np. Że chciałabym abyś założyła kolejne 
opowiadanie o 1d.
Przypominam, że mam ich już 10.
Smutno mi jest kończyć tą historię, no ale trudno.
Proszę wyraźcie swoją opinię, ale tym razem głębszą.
Wiecie nie chodzi mi o: fajny, czekam na nn ok?

środa, 16 stycznia 2013

Chapter 32 Poród

Liam z Harry'm wzięli dziewczynę, ostrożnie prowadząc do samochodu, którym jechał Louis. Przekroczył prędkość, ale w tam tym momencie nie było to ważne. Słysząc jęki bólu wydawane przez ukochaną, musiał jak najszybciej dojechać do szpitala. Po 10 minutach byli na miejscu, a Karina z Louis'em jechała na porodówkę.
-Boli!...pomóż mi...sss...-zawyła mając w oczach łzy.
-Kochanie będzie dobrze. Wytrzymasz- pocieszał, ją ale bolało go to, że ona cierpi.
-Właśnie nie wiem. Auu...
Do dużej sali, w której już przygotowana do porodu leżała Kari, wszedł młody lekarz. Skonsultował się z położną i przystąpił do pracy.
-Wszystko będzie dobrze, jak będzie pani mnie słuchać- pouczył ją lekko się uśmiechając.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała nerwowo głową. Ręka Louis'a była już ściskana tak, że mocniej się nie dało, ale to było nic w porównaniu z tm co przechodziła ciężarna. Była blada, a kropelki potu pokrywały jej twarz.
-Dobrze, a teraz przemy- zakomunikował lekarz. Jedno z dzieci urodziło się dosyć szybko, ale w sumie poród trwał 4 ciężkie godziny. Przyjaciele pary zniecierpliwieniem czekali na jakąś wiadomość od młodego taty. Nawet Kate z małą Anią dotarła. W końcu dołączył do nich Louis.
-No i jak?- pierwszy dopadł go oczywiście Harry.
-Namęczyła się- przynał- ale urodziła zdrowego chłopca i również zdrową dziewczynę- uśmiechnął się na myśl o swoich malcach.
-No Tomlinson, gratulujemy!- krzyknęli wszyscy chłopcy, klepiąc chłopaka po ramieniu.
-Dzięki. Idę do niej, a wy jedźcie do domu- oznajmił.
-Dobra, stary trzymaj się- odpowiedział mu Zayn i już ich nie było.
Chłopak powrócił na salę do ukochanej, która w ramionach trzymała akurat ich malutką córeczkę. Dziewczynka została już przyniesiona po badaniach, ale chłopczyk jeszcze na nich był.
-Jak się czujesz?- zapytał Lou siadając obok Kariny na szpitalnym łóżku.
-Wszystko mnie boli- zaśmiała się całując córkę w czółko.
-Śliczna jest- powiedział, a w tam tym momencie mała panienka swoją małą piąstką złapała jego palec. Schylił się i ucałował jej maluśką dłoń.
-Tak, śliczna- brunetka zgodziła się z mężem. Do sali weszła położna niosąc małego Tomlinson'a, który zaraz znalazł się w ramionach swojego taty.
-Witaj, maluszku- chłopak uśmiechnął się do syna. Oczy miał lekko przymknięte i się leciutko uśmiechał- Jak chcesz ich nazwać?- zapytał po chwili wracając na swoje dawne miejsce z jeszcze jednym członkiem rodziny.
-Nie wiem, czy tobie to odpowiada, ale ja myślałam nad Bellą i Edward'em- zaproponowała.
Chwilę się zastanowił, ale zaraz jej odpowiedział.
-Zgadzam się, ale pod warunkiem, że gdyby będziemy mieć następnego syna będzie on miał na imię Jacob- zagroził, ale zaraz się zaśmiał.- Wiesz, bo tak w sumie to będzie taka trójca. hehe.
-Jeju, dopiero co ci urodziłam dwójkę, a ty już o następnym- jęknęła Karina z udawanym wyrzutem.
-Oj tam, dawaj mordkę- brunet ułożył ust w tak zwany "dzióbek" i zaraz dostał soczystego buziaka.
-Kocham Cię- szepnęłam dziewczyna opierając swoje czoło o jego.
-Też Cię kocham- oparł i tym razem on złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
Czy to już jest szczęśliwa rodzina? Chyba tak...
Czy wszys­tko po­zos­ta­nie tak sa­mo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki od­wykną od do­tyku moich rąk, czy suk­nie za­pomną o za­pachu mo­jego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dzi­wić się mo­jej śmier­ci - za­pomną. Nie łudźmy się, przy­jacielu, ludzie pog­rze­bią nas w pa­mięci równie szyb­ko, jak pog­rze­bią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszys­tkie nasze prag­nienia odejdą ra­zem z na­mi i nie zos­ta­nie po nich na­wet pus­te miej­sce. Na ziemi nie ma pus­tych miej­sc.
~~~~~*~~~~~
Jest poród! Woohoo. No a tak na poważnie to dostałam opinię, że jestem sadystką.
Ja? Nieee. Heh. Ja was trzymam w niecierpliwości? Ja?
Hehe. Prawdopodobnie będą jeszcze dwa rozdziały i epilog.
No to komentujemy, komentujemy, bo jak zauważyłyście, a zauważyłyście, bo jesteście spostrzegawcze, moje powiedzienie się sprawdza,
Komentujecie mnie motywujecie, a wiecei dlaczego? 
Bo dodaje codziennie rozdział.
Hahaha
 

Obserwatorzy

Archiwum